Ile kosztują punkty MNiSW?

Zjawisko czasopism drapieżnych jest dawno zdiagnozowanym problemem. W Polsce spotykamy się jednak z jego szczegłólną wersją – opłata za publikacje/konferencje o znikomej wartości naukowej, lecz dostarczających punktów wg. listy MNiSW.

Czasopisma drapieżne

Jednym z lepszych przykładów obnażających działalność czasopism drapieżnych był artykuł „Who’s Afraid of Peer Review?” autorstwa John’a Bohannona. Autor przedstawia w nim wyniki eksperymentu w ramach którego przygotował różne wersje artykułu zawierających spreparowane wyniki. Każda z nich powinna zostać bezwzględnie odrzucona w procesie recenzji. W rzeczywistości 157 wydawców zaakceptowało artykuł pod warunkiem odpowiedniej opłaty, a tylko 98 je odrzuciło.

Temat czasopism drapieżnych jest regularnie poruszany na różnych forach. Dużym echem odbiła się publikacja autorstwa polskich naukowców, w której nieistniejący naukowiec został zaproszony do komitetów naukowych licznych czasopism. Powszechnie dostępna jest też lista Beall’a przedstawiająca wydawców uznanych jako drapieżnych, lub co najmniej nie dotrzymujących podstawowych standardów jakościowych. W jednym i drugim przypadku nie warto z nimi współpracować. Dlatego byłem bardzo zaskoczony czytając, że wielu naukowców w Ameryce nadal chce publikować w takich czasopismach.

Czasopisma drapieżne – wersja Polska

W Polsce jeszcze przez jakiś czas większość czasopism będzie ocenianych przez pryzmat listy MNiSW. Szczególne emocje budzi tutaj lista B, w której ocena podejmowana jest na podstawie deklaracji wydawnictwa dotyczącej kryteriów mniej lub bardziej związanych z rzeczywistą jakością naukową (min. czy czasopismo ma stronę internetową, czy teksty są po angielsku, ile osób w komitecie jest z zagranicy itd.). Przy tak ogólnych kryteriach nie dziwi fakt, że część artykułów ze wspomnianej listy Beall’a może pochwalić się kilkoma punktami ministerialnymi. Szczerze mówiąc przy niewielkich staraniach moglibyśmy pokusić się o pozyskanie kilku punktów dla naszego bloga. Wystarczyłoby poprosić nasze koleżanki i kolegów z zagranicy o zgodę na wpisanie ich nazwisk na stronie, zacząć pisać po angielsku, wstawić issn i pozorować, że wpisy są recenzowane.

Przypadek 1 – Nowości ze Świata Nauki

Można przytoczyć wiele konkretnych przykładów takich czasopism. Wskażę na jeden, który przedstawiłem w trakcie dnia doktoranta w Łodzi. Czasopismo nazywa się „World Scientific News” a na swojej stronie głównej (będącej produktem standardowego szablonu WordPress) dumnie prezentuje zdjęcie Marii Skłodowskiej Curie. Dalsza analiza zawartości strony pozwala nam dowiedzieć się, że „Editor-in-Chief” czasopisma pracje w „Astronomical Observatory, Złocieniec, Poland”. Jest niestety osobą niemożliwą do znalezienia w jakiejkolwiek wyszukiwarce, nie wspominając o Scopusie. Można jednak skontaktować się z nim za pomocą adresu e-mail z … Wirtualnej Polski. Ciekawość kazała mi sprawdzić adres redakcji na Google Maps, lecz rezultat nie prezentuje niczego co wygląda jak siedziba czasopisma naukowego. Czasopismo może się jednak pochwalić 6 punkatmi na liście MNiSW i współpracą z konferencjami organizowanymi dla doktorantów.

Strona czasopisma „World Scientific News”

Siedziba czasopisma „World Scientific News” w Google Maps

Przypadek 2 – więcej zapłacisz, dostaniesz więcej punktów

Luki w systemie oceny publikacji tworzą przestrzeń do istnienia jeszcze ciekawszych bytów. Poniższy przykład przedstawia wydawnictwo „Sophia” i oferowane przez nie warianty cenowe wydania publikacji. Pierwszy z nich jest związany ze wspomnianym czasopismem i oferuje 6 punktów. W drugim wariancie za podobną cenę autor może przesłać do wydawnictwa 3 artykuły pod warunkiem, że załączy do nich wypełnione recenzje. W zamian za to, że autor pozwala wydawcy nie udawać peer-review, ten odwdzięcza się 15 punktami MNiSW. Trzecia opcja to istne premium: za dużo bardziej pokaźną kwotę wydawca oferuje wysublimowaną konstrukcję prawną gwaranującą 25 punktów MNiSW. Jak widać punkty mają swoją cenę…

Jak nie stać się ofiarą drapieżcy?

Powyższe inicjatywy doskonale współpracują z szeroką grupą konferencji dla doktorantów i młodych naukowców. Wszystkie z nich posiadają możliwie ogólne tytuły w rodzaju „innowacyjne wyniki badań z różnych dziedzin nauki”, „wiedza, badania, rozwój” czy też „nauka kluczem do sukcesu”. Konferencje najczęściej trwają pół dnia i nie mają w swojej historii odrzuconego artykułu. Za udział pobierają opłatę będącą w istocie zapłatą za punkty MNiSW. Istnieją nawet fundacje, które stosują ten model biznesowy organizując serie konferencji o wszystkim.

Wszystkim uczestnikom tego rodzaju wydarzeń zadaję pytanie – po co? Artykuł wydany w takim czasopiśmie nie dotrze do nikogo, nie  będzie widoczny w żadnej bazie danych. To tak jakby artysta malarz darł swoje najlepsze prace. Jako naukowcy spędzamy długie godziny przed książakami i w laboratorium. Czy owoc tej ciężkiej pracy ma zostać potem przekazany do bezużytecznego lub przedstawiającego niską jakość czasopisma/konferencji?

Jeżeli głównym celem jest osiągnięcie punktów, to takie działania są niestety krótkowzroczne. Ewaluacja nauki w sposób nieunikniony zmierza w stronę jakości. Lista B nie była aktualizowana od dwóch lat i raczej mało prawdopodobne, żeby była na dotychczasowych zasadach. Za chwilę zmieni się mechanizm ewaluacji, a publikacja z naszym nazwiskiem pozostanie na zawsze.

Szanowny naukowcu, z powyższego tekstu wynika jeden wniosek. Jeżeli nie masz istotnego powodu, by zrobić inaczej – publikuj swoje prace w czasopismach, które są indeksowane w takich bazach jak SCOPUS czy Web of Science.

Grzesiek (grzegorz@amberediting.pl)
Zdjęcie StockUnlimited